Blog

Historie Wagarowiczów | Aneta

“Nigdy nie myślałam, że na co dzień będę posługiwać się angielskim.”

“W szkole zawsze miałam poczucie, że nie mam talentów do języków.”

To słowa Anety, której historia może być światełkiem w tunelu dla każdego, kto marzy o tym, aby swobodnie mówić po angielsku, ale wydaje się, że jest do tego jeszcze baaardzo daleko.

W rozmowie Aneta zdradza nam:

  • Jak radzić sobie z tym, kiedy ktoś wyśmiewa naszą znajomość angielskiego,
  • Jak zmienić uczucie “lepiej nie będę się odzywać”
  • Co jest ABSOLUTNIE konieczne, aby się nauczyć
  • Co czeka nas na drodze do swobody językowej
  • Jak pozbyć się blokady w mówieniu
  • Jak znajomość angielskiego zmieniła całe jej życie i dlaczego planuje naukę kolejnego języka
  • Co dała jej nauka na Vagaru i jak uczyła się

Na koniec naszej rozmowy zaskoczyłem Anetę i porozmawialiśmy trochę po angielsku, nie przejmując się tym czy mówimy dobrze i gramatycznie. Najważniejsze to przecież dogadać się i mieć z tego przyjemność.

W nagraniu odnosimy się również do poniższych zagadnień:

– Poczucie, że nie mam talentów do języków
– Ciągłe zmiany nauczycieli
– Dramat maturalny
– Przekonanie, że nie dam rady
– “Będę pracować w PL, więc nie potrzebuję języka”
– Nagła potrzeba komunikacji podczas Woodstocku 🙂
– Nauka samodzielna w komunikacja pisemnej
– Blokada mówienia
– Poszukiwanie prawdziwego angielskiego i możliwości kontaktu po angielsku
– Szkoła językowa i problem z dobraniem grupy
– Kolejna potrzeba komunikacji i rady od nowo poznanego Bengalczyka
– Wymówki przed rozmową przez telefon
– Vagaru – sceptyczne podejście, po czym wkręcenie się w Vagaru codziennie przez rok
– Co wg. Anety jest rzeczą konieczną, aby się nauczyć
– Jak nabrać pewności siebie
– Z czym każdy ma problem (ktoś się będzie śmiał, ocenianie siebie i innych, błędy, poczucie, że lepiej się nie odzywać)
– Co robić, gdy ktoś nas wyśmieje, że źle mówimy po angielsku
– Co czeka nas na drodze do biegłości językowej
– Co Aneta poleca wszystkim, którzy chcą swobodnie mówić
– Co jest super w znajomości języka i co daje
– Zabawne sytuacje i zabawa językiem

Wersja podcast:

Jeśli wolisz czytać, poniżej znajdziesz wiadomość, którą napisała do nas Aneta zanim nagraliśmy rozmowę:

Hej!

Ponieważ z Vagaru jestem od początku, obserwuje was na Facebook i blogu, i jestem pod wrażeniem waszej pracy i tego jak inspirujecie ludzi, dlatego postanowiłam opisać wam moją historie, która może być nieco długa, ale myślę że warta przeczytania. Będzie to historia o tym, jak z niewinnej nauki angielskiego zmieniło się całe moje życie 🙂

Jak wcześniej wspomniałam z Vagaru jestem niemal od początku, ale po kolei, jak to z tym moim angielskim było. Angielski zaczął mi się w 4 klasie podstawówki, przez trzy lata miałam nauczycielkę, która wiedzy przekazać za bardzo nie potrafiła, jako że nie przepadałam za nią a dodatkowo była moja wychowawczynią do nauki nie miałam kompletnie chęci. Z racji tego, że z angielskiego ledwo wychodziłam, a inne dzieci radziły sobie całkiem dobrze wyszłam z założenia, że ja po prostu jestem niezdolna językowo. Potem było gimnazjum, klasę podzielono na dwie grupy – tą lepszą i gorszą – ja oczywiście trafiłam do tej gorszej. Nauczycielka? No cóż znowu nie wypał, często jej nie było, lekcje były odwoływane, albo mieliśmy zastępstwa. Potem mieliśmy inną nauczycielkę, no ogólnie chaos i z angielskiego nie “wyniosłam” nic. Utwierdziłam się w przekonaniu, że nie nauczę się angielskiego nigdy. 

Gdzieś tam bardzo zazdrościłam osobom, które mówią w obcym języku, mam dwie kuzynki którym języki przychodziły niezwykle łatwo, za raz po maturze wyjechały do Londynu. Widywałyśmy się w każde święta, wewnętrznie zazdrościłam im tego że tak biegle mówią po angielsku. Zaczęły przyjeżdżać z chłopakami, fascynowało mnie, jak one potrafią im wszystko tłumaczyć w obcym języku, ja z tego co mówią nie rozumiałam nic.

Nadeszło liceum, jak to w życiu bywa historia lubi się powtarzać, w klasie osób 20, lekcja 45 minut, więc co tu dużo mówić… Nauczycielki znowu się zmieniały, a lekcje były chyba tylko dlatego że są w programie. Dodatkowo doszedł język niemiecki, który znienawidziłam już po kilku lekcjach, za nauczycielem też nie przepadałam. Ledwo dawałam radę z angielskim, do tego niemiecki który szedł jeszcze gorzej… Poczułam, że trzeba powiedzieć sobie prawdę w oczy: “NIE JESTEM UZDOLNIONA JĘZYKOWO, koniec, przetrwajmy do matury, i dajmy sobie spokój.”. No właśnie… matura! Pod koniec drugiej klasy uświadomiłam sobie że coś trzeba z tym zrobić, postanowiłam wybrać się do szkoły językowej, mieliśmy małą 5 osobową grupę, wydarzył się dodatkowy cud, po raz kolejny zmieniła się nauczycielka angielskiego w szkole, której naprawdę zależało, aby nas przygotować do matury, bardzo mocno “cisnęła” nas tylko i wyłącznie zadaniami maturalnymi, no i trochę to ruszyło do przodu.

No i… udało się! Maturę zdałam, nie jakoś dobrze, ale zdałam i mogłam iść na studia. Okazało się, że na studiach też mam angielski, jednak intensywny rok nauki bardzo mi pomógł i jakoś sobie z tym angielskim radziłam. 

Zanim zaczęłam studia, w wakacje pojechałam na Woodstock, zamiast dobrze się bawić, postanowiłam jechać jako medyczny patrol i już powoli przygotowywać się do mojego przyszłego zawodu. No i właśnie tam na Woodstocku mój kompleks nieznajomości języków jeszcze się pogłębił. Na festiwal co roku przyjeżdżała grupa ratowników niemieckich. Znowu spoglądałam z zazdrością na koleżanki, które biegle władały niemieckim, a ja po angielsku ledwo ledwo… Grupa niemiecka w swoich szeregach posiadała też trzech czarnoskórych ratowników, jak się okazało pochodzili z Gambii i przyjechali na projekt do Niemiec aby zostać ratownikami. Jak to bywa na takich festiwalach jednemu w nich “wpadłam w oko”. Tylko co z tego? Jak trochę rozumiem, to po angielsku powiedzieć ani słowa. Muszę też wspomnieć, że mimo tego że angielski w Gambii jest językiem oficjalnym, to brzmi nieco dziwnie. No i jakoś tym moim mocno ograniczonym angielskim, nawiązaliśmy ze sobą kontakt, co prawda tylko mailowy, ale ja się trochę zawzięłam, tłumaczyłam wiadomości, starałam się coś napisać, wiele rzeczy nie rozumiałam, jak ognia bałam się porozmawiać przez telefon, więc  zawsze coś wymyśliłam aby nie rozmawiać. Starałam się jakoś tego angielskiego nauczyć, książki, internet, wymiana wiadomości była niemal codziennie. Zauważyłam że co raz więcej rozumiem. 

Postanowiłam znowu iść do szkoły językowej, przez moją gramatykę trafiłam do gorszej grupy, i rozwijałam się powoli, z braku czasu zrezygnowałam ze szkoły po pół roku, i znowu starałam uczyć się sama w domu.

Przyjaźń i wirtualny kontakt z moim gambijskim przyjacielem trwał 4 lata, pod koniec udało nam się spotkać raz, żeby się pożegnać, każde poszło w swoją stronę. 

Dość szybko uświadomiłam sobie, że moje postępy w angielskim, to nie była szkoła językowa, książki, tylko właśnie ten kontakt z “żywym językiem”. Wiedziałam, że to była tak silna motywacja, że angielski przestał być dla mnie przymusem, zastanawiałam się co tu zrobić, żeby wrócić do takiej formy. Zaświtało mi w głowie, że muszą być jakieś chaty, dla osób z różnych krajów, oczywiście byłam bardzo ostrożna, nie chciałam trafić na jakieś dziwne portale randkowe. I znalazłam takie miejsce. Zależało mi aby nawiązać kontakt z ludźmi, którzy mówią po angielsku bardzo dobrze, oczywiście musiałam przerobić panów z krajów arabskich, którzy po angielsku mówili, a raczej pisali średnio. Ale w końcu nawiązałam kontakt z kilkoma osobami i byłam naprawdę zadowolona, że te rozmowy są takie normalne. Oczywiście z angielskim było coraz lepiej w mowie i w piśmie, ale przecież ja dalej nie mówiłam.

Pewnego letniego dnia napisał do mnie… ON. Chłopak mieszkający w Norwegi, z pochodzenia Bengalczyk. Od razu zauważalne było, że jego angielski jest na bardzo wysokim poziomie. Jak się okazało studiował w Anglii, mieszkał już w kilku krajach i biegle posługuje się 5 językami. Wow. Nasza znajomość rozwijała się bardzo szybko, już po 2 miesiącach codziennego pisania, zaproponował mi wspólny wyjazd, bardzo się broniłam, ale potem pomyślałam sobie, że kompletnie nie korzystam z życia, że do odważnych świat należy i takie tam. Zgodziłam się na Zakopane, nie tak daleko od mojego domu i w razie czego wiem gdzie uciekać 😀 No i co? Okazał się bardzo interesującym człowiekiem. Angielski? Niemal Native, jego zdolności językowe pozwalały mu na posługiwaniem się różnymi akcentami. Buzia mu się nie zamykała, a ja tylko “yes, ok…” i jakieś proste zdania. A on całkowicie wyluzowany powiedział mi, że mam się nie przejmować, bo on sobie dorabia jako nauczyciel norweskiego i że jest przyzwyczajony. Bardzo mnie to otworzyło i zaczęłam więcej mówić.

Zaczęła się nasza przygoda, zaczęliśmy razem podróżować, a ja w międzyczasie odkryłam…. Vagaru. Po pierwszych kilku lekcjach poczułam, że to może być to, lekcje były ciekawe i wcale mnie nie męczyły. Uczyłam się codziennie przez godzinę, nawet w pracy w przerwie sięgałam po Vagaru, nieważne jak zmęczona byłam. Mój “przyjaciel” też zauważył, że idę z angielskim do przodu. To mnie motywowało, miałam z kim rozmawiać i miałam w końcu narzędzie, które naprawdę działało. 

Pamiętam, że na początku, mimo że zaczęliśmy rozmawiać po angielsku, ja dalej unikałam rozmów kiedy byłam bardzo zmęczona, czy rano gdy nie miałam ochoty. Chciałam rozmawiać tylko wtedy, kiedy mój mózg był wypoczęty. Gdy widziałam połączenie telefoniczne, to aż mnie brzuch bolał ze stresu, bałam się, że wyjdę na idiotkę, twarzą w twarz było łatwiej, zawsze można nadrobić gestami, coś narysować, albo szybko wejść w tłumacz, rozmowy telefoniczne to już inna bajka, tym bardziej, że nie lubię rozmawiać przez telefon nawet po polsku. Ale i to się z czasem zmieniło, nie mogłam uwierzyć, jak łatwo zaczęła przychodzić mi nauka. Vagaru było dla mnie przyjemnością i priorytetem każdego dnia. Przez prawie rok nie odpuściłam ani jednej lekcji, czerpałam z rad na Facebooku ile mogłam, oglądałam filmy po angielsku, słuchałam muzyki. Vagaru zmieniło moje podejście, miałam wrażenie że chłonę język.

Czekałam na każdą lekcję na Vagaru, przeszłam też 3 miesięczną Przemianę Językową, filmik pewnie można gdzieś tam u was znaleźć (może powinnam nagrać jak mówię teraz). Po jakimś czasie zauważyłam, że strasznie dużo czasu poświęcam na angielski, w tamtym czasie też bardzo dużo pracowałam, byłam zmęczona, musiałam nauczyć się odpuszczać i dzięki wpisom Aggie zrozumiałam że można czasem odpuścić, że można zrobić 10 minut, obejrzeć film, albo po prostu nie robić nic, i to też będzie ok. Ale u mnie nigdy nie było dnia bez angielskiego, bo nawet jak odpuszczałam dostawałam wiadomości “możesz rozmawiać?” albo raczej “can you talk?”. I tak to trwało, ta moja nauka i podróże.

Co mogę powiedzieć teraz, po kilku latach z Vagaru? Ja i ten “przyjaciel” od trzech lat jesteśmy małżeństwem 🙂 Od 3 lat po angielsku mówię codziennie o każdej porze dnia i nocy, od tematów kulinarnych, czyli gotowanie obiadu przez sprzątanie do polityki i medycyny. Nie tak dawno mówię mojemu mężowi: “Wiesz co? Uświadomiłam sobie, że ja polskiego w mowie używam może godzinę tygodniowo.”.  Albo raczej “You know what? I realized that I only use Polish in speech an hour a week.”. Czy mimo tego robię błędy? Mnóstwo! Czy znam wszystkie słowa? Ależ skąd! Nawet teraz zastanawiam się jaki błąd popełniłam w zdaniu które przed chwilą napisałam. Często mówię mojemu mężowi, że nie znam słowa i że muszę sprawdzić w tłumaczu, albo mój mąż koryguje moje wypowiedzi i każe powtarzać. Najlepsze jest to, że ja po prostu mówię, z każdym, na każdy temat i nie boję się mówić, bo już tak bardo nie przejmuje się tym, czy jest poprawnie. 

Vagaru nauczyło mnie innego podejścia do nauki, nie chcę tu nie wiadomo jak słodzić, ale Vagaru nauczyło mnie czerpania przyjemności z nauki, moim marzeniem jest, aby Vagaru powstało w innych językach. Może sprzedacie patent? 😀

Ale największą nagrodą za mój wysiłek jest kiedy słyszę “Aneta mówi dobrze po angielsku” albo w towarzystwie osób, które znają angielski często pada “Aneta jak powiedzieć to czy to”.

Nie wierzę, że stałam się osobą, którą chciałam być przeszło 10 lat temu, tą na którą patrzyłam z zazdrością. Ja dalej się uczę, dalej pracuje, muszę przyznać, że już od roku mało korzystam z Vagaru, tłumaczę sobie to tym, że mam “przesyt”, choć przyznaję, że ostatnio jestem znowu bardziej aktywna, ale chyba już coraz ciężej zainteresować mnie ciekawym tematem 😉 

A jaka rada płynie z mojej historii dla innych? Nie można się poddawać, to przyjdzie, to czasem samo przychodzi nie wiadomo skąd, najważniejsza jest motywacja, i to naprawdę się udaje. Osoby, które znały mnie ze szkoły nie mogą uwierzyć, że tak mówię po angielsku. Trochę wiary w siebie i odnalezienie w tym przyjemności. W momencie gdy człowiek przestaje się spinać wszystko przychodzi łatwiej.

Aggie, Kamil pozdrawiam serdecznie was i wszystkich którzy ciężko pracują nad Vagaru, bardzo chciałabym spotkać się z wami na żywo i koniecznie przyprowadzić męża 🙂

Buziaki,

Aneta

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Mów swobodnie, myśl po angielsku i odkrywaj z nami świat!